piątek, 31 sierpnia 2012

SS. Podróż

Zagłębiając się w las na obrzeżach Anglii, mijając kilka małych stawów pełnych kaczek oraz ryb, można zauważyć małego chłopca siedzącego na drzewie. Obserwował on lisa czającego się na swoją zdobycz, którą dzisiaj był mały zajączek. Stworzenie nie wyczuwało zagrożenia, więc skubało trawkę nie mając pojęcia, że zaraz samo stanie się obiadem. Sprytny rudzielec zrobił szybkie kółko wokół swej ofiary, biegnąc, specjalnie potrącił swoją łapą kamień, by stworzonko zwróciło szczególną uwagę na to miejsce i nie zauważyło czającego się drapieżnika za plecami. Po chwili lis zajadał swój posiłek na ten dzień.
Salazar Slytherin poczekał aż spryciula się pożywi i pobiegnie dalej, a sam będzie mógł spokojnie zsunąć się z drzewa i wrócić do domu na własny posiłek. Trzeba było przyznać, że drapieżca zrobił wrażenie na chłopcu. Spryt i przebiegłość, to były cechy, które respektował i sam się nimi charakteryzował. Jeśli kiedykolwiek miał mieć podopiecznego, to tylko z takimi cechami.
Jedenastolatek wracał tą samą drogą, którą tutaj przybył. Dzisiejszego dnia oddalił się od domu o wiele bardziej niż zazwyczaj. Zerknął na słońce, które zbliżało się ku zachodowi, po czym pobiegł, ile miał sił w nogach, by jak najszybciej opowiedzieć ojcu o dzisiejszym dniu. Postanowił, że następnego dnia pójdzie jeszcze dalej, by mieć kolejną opowieść, dla swoich rodziców. Oni zawsze słuchali z uwagą o tym co mu się przydarzyło, co widział i jakie ma plany na jutro. Chociaż matka zawsze mu zwracała uwagę, żeby nie mówił z pełnymi ustami, ale i tak wiedział, że z przyjemnością pytała o każdą minutę jego niesamowitych wypraw.
 - Mamo! Tato!
Wbiegł z radością do izby, w której powinni stać jego rodzice i chwycić go w ramiona. W każdym razie matka, bo ojciec ograniczał swe uczucia do pogłaskania Salazara po głowie. Już miał wtulić się w suknię swej rodzicielki, wtopić się w charakterystyczny zapach jej perfum i poczuć szorstką dłoń ojca na swej głowie, jednak nic takiego się nie przytrafiło. Mało tego. Ledwo co wyhamował i nie wpadł na stół, przy którym siedział tylko jego ojciec.
 - Gdzie mama?
 - Poszła razem ze służącą kupić ci prezent.
 - Kłamiesz!
Intuicja podpowiadała Slytherinowi, że jego ojciec nie chciał mu powiedzieć prawdy. Z resztą nie był głupi. Zauważył, że wszyscy służący są na terenie posiadłości. Pięciu ogrodników, trzy pokojówki, lokaj, jego guwernantka, ochmistrzyni, dwie kucharki oraz zastępca ojca i towarzyszka matki, chociaż ta, nieudolnie próbowała się ukryć za drzwiami kuchni.
 - Gdzie mama?
Thurstan Slytherin nawet nie wstał od stołu, tylko spojrzał na syna i rzekł bez ogródek:
 - Zabrali ją. Jutro pewnie przyjdą także po nas. Dlatego musisz uciekać.
Łzy stanęły w oczach Salazara. Parszywi mugole. Śmieli tknąć jego matkę. Skazali go i jego ojca na opuszczenie kraju. A to wszystko przez niesamowite zdolności jakie posiadali. Po prostu zazdroszczą. Im i innym czarodziejom. Bo sami nie posiadają magicznych umiejętności. Plugawi mugole! 
*
 Niemalże od razu spakowali swoje rzeczy i wynieśli się ze swojego domostwa. Przedtem jednak Salazar był świadkiem, jak jego ojciec rzuca na służbę jakieś zaklęcie. Podobno mają nie pamiętać, że istnieją takie osoby jak Salazar i Thurstan Slytherin. Wędrowali kilka dni. Zaszli o wiele dalej niż jedenastolatek podczas swych wędrówek. Rzadko kiedy się zatrzymywali. W nocy próbowali odpocząć, ale zawsze kończyło się to tak, że po godzinie wstawali i szli dalej. Kiedyś chłopiec zapytał swego ojca:
 - Dlaczego po prostu się nie deportujemy? 
 - Przecież nie wiesz, czy miejsce, które wybierzesz jako swój cel, jest bezpieczne.
I tak zmierzali dalej, a jako swój cel wybrali wolność.
Nocami Salazar miał zwyczaj patrzeć się w gwiazdy. Każda z nich to była dla niego obietnica do spełnienia. Pierwsza: pomścić matkę. Druga: nękać mugoli do końca życia. Trzecia: za nic w świecie nie dzielić się mocami z niemagicznymi istotami. Miał zamiar spełnić każdą obietnicę, nawet jeśli miałoby go to kosztować wiele poświęcenia. A jego ambicja tylko go w tym podtrzymywała.
Po trzech pełniach zaczęło już się robić coraz zimniej. Liście z drzew opadały, a noce stawały się coraz dłuższe. Niedługo zacznie sypać śnieg, a zwierzęta, na które do tej pory polowali, zapadną w sen zimowy. W takim wypadku należałoby znaleźć schronienie, ale jego ojciec nawet nie chciał słyszeć o dłuższym postoju. 
 - Przecież już nam depczą po piętach! Jeśli się zatrzymamy, to nas spalą na stosie! Mam moc, ale bez twojej matki nie jestem na tyle potężny, by nas ochronić. 
To samo zdanie słyszał za każdym razem, kiedy poruszał temat postoju. Co prawda młodzieniec nie był zmęczony, ale martwił się o swojego ojca, któremu już coraz częściej brakowało tchu. Zauważył również, że znacznie zwolnili, a Thurstana czasem atakował mocny kaszel. Jednak robi się coraz chłodniej, a oni mają ograniczoną ilość ubrań. Łatwo o przeziębienie. Magii nie mogli używać zbyt często, bo zostaliby namierzeni. Do tej pory, podczas swej wędrówki, zaklęć użyli tylko dwa razy. Pierwszy, żeby przywołać dwa łuki i strzały (z czasem nauczyli się wykonywać własne), a drugim razem, aby znaleźć odpowiedni kierunek, bo wstąpili do bardzo krętego lasu (po tej sytuacji zrobili sobie kompas). 
Jednak jesień i zima minęły bardzo szybko i nastała piękna wiosna. Rośliny i zwierzęta budziły się do życia, by po chwili zostać upolowanym i zjedzonym. Wody też mieli dostatek, bo od pewnego czasu szli wzdłuż rzeki, w której pływały nawet szczupaki. Pewnego, wyjątkowo słonecznego dnia, Thurstan usiadł na kamieniu i rzekł:
 - Synu, dzisiaj jest nasz upragniony dzień. Częste zamiecie śnieżne, które w tym roku były bardzo groźne, trochę opóźnią znalezienie nas, a ciepło tak doskwiera, że nie mam siły iść dalej. Rozbijemy obóz i odpoczniemy, a wyruszymy dopiero, kiedy świt nastanie. 
Cały dzień na zregenerowanie sił! Salazar będzie musiał się wyspać, by znowu się tułać przez wiele pełni księżyca. Ledwo położył się na miękkiej i świeżej trawie, znużył go sen.
*
 - Synu! Synu! Zbudź się! Musimy uciekać.
Nie trzeba było więcej dodawać. Salazar chwycił w rękę swoją torbę i biegł przed siebie. Dość często oglądał się, by zobaczyć, czy jego ojciec nadal jest za nim. Po jakimś czasie zauważył, że ten znacznie zwolnił, a nawet się zatrzymał, więc cofnął się do niego.
 - Ojcze! Nie zostawaj! Oni przecież są blisko. Słyszę ich! 
Panikował. Nie chciał stracić również ojca. Pociągnął go za ramię i próbował biec, trzymając go ciągle za rękę. Jednak nie odnosił większych sukcesów. 
 - Ojcze, dasz radę! Musimy uciec. Potem odpoczniesz!
 - Zostaw mnie tutaj.
 - Nie mogę ojca zostawić! Ojciec zginie!
 - I tak mój koniec jest bliski. Uciekaj!
 - Nie mogę!
 - Rób co każę! 
 - Dobrze ojcze.
 - Słuchaj mnie Salazarze bardzo uważnie. Biegnij dalej na północ. Tam jest więcej czarodziei. Rozpoznasz ich intuicyjnie. Znajdź ich i sprzymierz się. A na dowód, że sam jesteś czarodziejem, masz oto moją różdżkę. Korzystaj z niej rozsądnie.
 - Ależ ojcze...
 - Zatrzymaj również ten medalion. Należał do twojej matki. Szanuj go i przekaż następnym pokoleniom. I pamiętaj: mugole zabrali ci rodziców. Nie pozwól, żeby kiedykolwiek zabrali też twój skarb: moce. Bo jeśli któryś z nich zacznie uczyć się magii, to ten świat czeka zagłada. I nie będzie już niczego, w czym my bylibyśmy od nich lepsi! Bo to tylko plugawi mugole! I żaden z nich nie jest taki jak ty. Pamiętaj!
 - Dobrze ojcze.
 - A teraz biegnij i nie pozwól się złapać!
Po tych słowach Salazar ruszył przed siebie. Wcześniej jednak schował podarki od ojca, żeby się nie zgubiły. Nadal w jego głowie rozbrzmiewały słowa jego ojca. Nie chciał się z nim żegnać. Powinien umrzeć razem z nim. I właśnie chyba to spowodowało, że zawrócił. Jednak pojawił się za późno. 
Kilkoro ludzi zdążyło już rozpalić stos na środku polany. Salazar wszedł na pobliskie drzewo i obserwował wszystko. Nie znał zaklęcia uśmiercającego, którym mógł ich powstrzymać. Z resztą, gdyby zabił jednego, to ujawniłby swoją kryjówkę. Miał trzy opcje. Pierwsza: uciec stąd, druga: dać się również spalić. I ostatnia: obserwować w milczeniu i czekać na genialny plan. 
Egzekucja minęła dość sprawnie. Salazar nie musiał zbyt długo obserwować cierpienia swego ojca. Teraz mugole rozbili obóz obok stosu i nie zapowiadało się, żeby mieli zamiar stąd iść. To dobrze. Miał więcej czasu na obmyślenie zemsty. Tylko co on może zrobić nie ujawniając się?
I w tym samym momencie usłyszał głosik.
Możemy się przydać. 
Przestraszony rozejrzał się dookoła, ale nie zobaczył niczego, prócz gałęzi. 
Mamy własne porachunki z tymi istotami.
Znów się rozejrzał. I znowu niczego nie zauważył.
Daj tylko znak, a pozbędziemy się ich.
I wtedy go zobaczył. Gruby i bardzo długi wąż spełzał z gałęzi naprzeciw niego. A za nim kolejne trzy. Wszystkie syczały i czekały aż on przemówi, a raczej zasyczy. W języku wężów, który nie zwróci zbytniej uwagi tych mugoli na dole. W przeciwieństwie do słów wypowiedzianych po angielsku. Salazar się nie wahał:
Zabić.
*
To co się działo potem często wracało do głowy Slytherina. Był zadowolony z siebie, że pomścił ojca i możliwe, że matkę również. Kiedy tamci mugole już nie żyli, to zszedł z drzewa i przeszedł po nich, by dalej iść spokojnym krokiem na północ. Nie uciekał teraz, bo jego zabójcza broń czaiła się w każdych zaroślach. Nocą przystawał i jak zwykle obserwował gwiazdy.
Czwarta: nie dopuścić mugoli do magii. Piąta: znaleźć sprzymierzeńców. Szósta: spełnić prośby ojca. Siódma: pamiętać.

RR. Kruk

Mała, czarnowłosa dziewczynka biegła na przełaj przez łąkę. Jej biała sukienka powiewała na wietrze. W powietrzu słychać było jej dźwięczny śmiech. Na głowie miała kwietny wianek, spleciony z różowych i białych stokrotek.
Brodząc w wysokich trawach łąki, nagle się zatrzymała i skręciła w bok. Wiedziała bowiem, że znajduje się tam gniazdo szerszeni, choć jeszcze go nie widziała. Nie miała pojęcia, skąd to wie. Po prostu była tego świadoma i stuprocentowo pewna.
Dobiegła na skraj łąki. Usiadła na ziemi i wpatrywała się w roztaczający się w oddali widok. Westchnęła z rozmarzeniem. Uwielbiała tu przebywać. Widać stąd było piękne, zielone pasma górskie, pod którymi brnęły błękitne rzeczki. Lazurowe jeziora wyglądały z tego miejsca jak kałuże. Na horyzoncie widniało słońce, które opromieniało nawet najdalsze zakątki tej magicznej krainy. Puchowe obłoczki mknęły po niebie, wiatr muskał pierzaste gałązki drzew. Mogłaby tu siedzieć całą wieczność.
- Roweno, przyjdź tu do mnie!
 Dziewczynka imieniem Rowena zignorowała krzyki matki i zamknęła oczy. Położyła się na trawie, która kłuła ją w plecy. Słyszała świergot ptaków niezmącony niczyim krzy...
- Roweno!
Pacnęła się w czoło. Otworzyła oczy, mrużąc je od ilości padanego na nią słońca. Dźwignęła się na nogi. Obejrzała się jeszcze raz na rozciągający się przed nią wspaniały widok i  powłóczyła się w stronę domu.
- Idę, matko... - mruknęła.
Wchodząc do izby poczuła zapach wypieczonych co dopiero bułeczek oraz aromatycznego indyka. Poprawił jej się humor. Podbiegła do swej matki imieniem Celestria i wtuliła się w jej otwarte ramiona, strącając przy tym wianek z głowy.
- I co skarbie, znowu wiedziałaś, co będzie na obiad? - spytała cicho matka. Rowena pokiwała głową. Rodzicielka spojrzała na nią z powagą i szepnęła:
- Wiesz, że nie wolno ci o tym mówić.
Dziewczynka odparła krótko:
- Wiem matko. Jestem czarownicą i nie wolno mi się ujawniać.
Celestria poklepała ją po plecach. Mała uczy się bardzo szybko i jest cholernie inteligentna, pomyślała.
- Georges! - krzyknęła. Jej mąż wkrótce pojawił się na schodach. Przyszła także cała służba i zasiedli wszyscy do stołu.
W pomieszczeniu słychać było brzdęk sztućców i gwar rozmów. Tylko Rowenna siedziała milcząca i smutna, ale też przerażona. Nie mając na to najmniejszego wpływu zobaczyła, co się zaraz stanie.
 Jej ojciec spytał:
- Co się stało mojemu kwiatuszkowi?
- Nic, ojcze.
Georges pogroził jej żartobliwie widelcem
- Moja mała córa powinna zwierzać się ojcu. Naciesz się ojcem, który z wojen wrócił. Jak to mówią, "po szlachetnych czynach wojny, które do chwały są prawem, domostwo to pierwsza rzecz jaka oko cieszy, tak też musi prowadzona i urządzona być dobrze, a rodzina to skarb największy".
Na co służba się zaśmiała. Rowena już miała zacząć mówić o tym, co ją trapiło, lecz wtedy do izby gwałtownie wpadła inkwizycja. Dom zatrząsł się w posadach. Składała się ona z siedmiu mężczyzn, którzy mogli pochodzić z wyższych warstw społecznych, pięciu chłopów i jednego lekarza.
- Mamy nakaz... - zaczął jeden z chłopów, zacinając się przy czytaniu tekstu na pergaminie, który przed chwilą rozwinął - ...arszto... ares... aha, aresztowania...
Wysoki mężczyzna w śmiesznym kapelusiku wyrwał mu kartkę, przestudiował ją szybko i rzekł:
- Mamy nakaz natychmiastowego (nie mam pojęcia, czemuś tego nie przeczytał) aresztowania pani Celestrii Ravenclaw oraz pana Georgesa Ravenclaw. Został wzniesiony przeciwko nim pozew o uprawianie magii, czarodziejskie praktyki, wróżbiarstwo, gusła i herezje z inicjatywy sir. Engilberta Rolfe'a oraz Waltera i Adama Midnighsów. Pozew jest nieodwołalny, wniesienie pozytywnie rozpatrzono opierając się na dowodach i uznano skazańców powyżej wymienionych za WINNYCH.
Walter i Adam Midnights wyszli z tłumu i uśmiechnęli się z zadowoleniem, ale też z pogardą.  Celestria i Georges spojrzeli na siebie z przerażeniem. Kobieta zacisnęła wargi, aby nie dać po sobie poznać, że płacze. Rowena patrzyła się na rodziców z przerażeniem. Lud zaczął tryumfalnie krzyczeć i zrobiło się wielkie zamieszanie.
Wykorzystując okazję, Celestria przecisnęła się przez służbę i weszła do małego pomieszczenia, ciągnąc za rękę Rowenę. Gdy znalazły się pokoiku, Celestria szepnęła:
- Kochana córeczko, wiesz dobrze, co za chwilę nastąpi. I to nie tylko z powodu twoich niesamowitych zdolności.
Rowena pokiwała głową. Celestria zaczęła płakać, ale mówiła dalej:
- Pamiętaj, że jest nas więcej. Nie jesteśmy jedynymi czarodziejami na tej ziemi, a już na pewno nie na świecie. Śmierć moja oraz twego ojca jest nieunikniona i nastąpi niebawem. Wiesz, że nigdy nie byliśmy zbyt bogaci, ale mamy jedyną, cenną, rodziną pamiątkę.
Podeszła do szuflady zamykanej na kluczyk, przekręciła go i powoli wyjęła tą rzecz. Rowena wytrzeszczyła oczy. Był to srebrnozłoty diadem, którego tworzyły skrzydła kruka, a jego głowa widniała na szczycie diademu. Na środku błyszczał przepiękny kamień szlachetny - był to topaz. Skrzydła kruka były z małych diamencików. Rowena patrzyła się oniemiała na diadem, który po chwili matka wcisnęła jej do ręki.
Nagle usłyszały krzyki ludu:
- Gdzie się podziała ta plugawa wiedźma?!
Celestria powiedziała szybko:
- Za tym obrazem - wskazała na malowidło, na którym widniała martwa natura - jest tajemne przejście. Pójdzie z tobą Elinor. Uważajcie na siebie.
 Pocałowała Rowenę w głowę i  szepnęła:
- Wkrótce zjawi się coś, o czym nawet nie miałaś pojęcia. Będzie to kruk. On ci pomoże.
- Kruk? - spytała ze zdziwieniem dziewczynka. - Ale ja przecież wiem, że...
Usłyszały kroki.
- Uciekaj córeczko, szybko!
Rowena wdrapała się do dziury, która prowadziła do korytarza. Po chwili doszła do niej Elinor - jej niania.
Nagle ktoś z grupki przybyszów powiedział:
- Skoro oni są magikami, to ich córka pewnie też!
Przez tłum przemknął się pomruk aprobaty. Celestria szybko zamknęła dziurę, ukrywając ją za obrazem.
- Zaraz, ale gdzie ona jest?
*
Rowena biegła malutkim, ciemnym korytarzem o niskim, kamiennym sklepieniu. Za nią podążała jej niania, a jednocześnie najbardziej oddana służka Elinor.
- Zawsze wiedziałam, że jest coś z wami nie tak. Zawsze! - mamrotała. Rowenna krzyknęła do niej:
- Nianiu, wszystko ci powiem, jak się stąd wydostaniemy!
Elinor pokręciła głową przyspieszając bieg. Korytarz zaczął się coraz bardziej zwężać, aż w końcu musiały stanąć, wciągnąć brzuchy (jestem zbyt gruba, pomyślała Elinor) i przeciskać się. Szorowały ciałem po kamiennych ścianach, nie widząc siebie nawzajem.
Nagle dostrzegły małą kratkę i snopy światła padające na klepisko.
- To tutaj - szepnęła Rowena. Wysunęła kratkę i wyszły na zewnątrz. Znalazły się poza obrębem miasta. Przebiegły szybko przez wysokie chaszcze i wpadły z impetem do lasu. Tam zatrzymały się, rozpaczliwie zaczerpując powietrza.
Po chwili Rowena powiedziała:
- Wyślą za nami inkwizycję za około dziesięć minut. Zanim tu dojdą, minie pół godziny, więc mamy chwilę czasu.
Co za inteligentka, pomyślała Elinor i ciężko opadła na przewalone drzewo. Rowena odrzuciła swoje długie, czarne włosy do tyłu i zaczęła mówić:
- Wydaje mi się, że od dawien dawna wiecie, że jesteśmy czarodziejami. Na początku staraliśmy się to ukrywać, ale nie sposób było robić to cały czas. Od czasu do czasu mój tata coś zrobił, moja mama sprawiła, że naczynia same się umyją... Ja potrafię przewidywać przyszłość.
Elinor zakryła usta dłonią. Rowena ciągnęła dalej:
- Tak, wiem, to dziwne. Ujawiniło się to stosunkowo niedawno. Moi rodzice myśleli, że jestem charłakiem, czyli osobą pochodzącą z rodziny czarodziejów, lecz nie posiadającą żadnych magicznych umiejętności. Lecz pewnego dnia wszystko się zmieniło. Nie będę zanudzała cię tego typu opowieściami, bo nawet nie mamy czasu. Wiedz jednak, że w końcu moja moc się objawiła i potrafię czytać w myślach. A co za tym stoi - jestem bardzo inteligentna, jak na swój wiek.
Elinor pokiwała głową.
- Oczywiście nie mogę przewidzieć wszystkiego. Choć często mam coś takiego, że nagle w głowie widzę sytuację, która zdarzy się za pięć minut, to mam także przebłyski tego, co zdarzy się za parę lat. Ale wszystkiego nie zobaczę.
Niania ponownie kiwnęła głową.
- Jak dobrze wiesz, czarodzieje i czarownice są spalani na stosie lub topieni. Większość osób, które złapią, nie posiada żadnych magicznych mocy - są to zwyczaje błędy, łapią nie tych, co trzeba. Czarodzieje i czrownice potrafią bardzo dobrze się kryć, my także robiliśmy to świetnie. Tak więc ktoś z naszej słuzby nie trzymał języka za zębami.
Zerknęła na swoją opiekunkę. Elinor powiedziała szybko:
- Panienko, to na pewno nie ja.
- Wiem - odparła krótko dziewczynka.
Po chwili milczenia, ponownie podjęła rozmowę:
- Nie wiem, czy wiesz, ale stosuje się rozmaite próby mające wykazać winę lub niewinność oskarżonych. Do jednej z metod zalicza się próbę wody, którą zwykle stosuje się do procesu kobiet. W praktyce daje ona niewielkie szanse oskarżonej, która wrzucona do wody zazwyczaj nie idzie na dno (co świadczyłoby o niewinności), ponieważ obfite spódnice, które nosimy, utrzymują ją na powierzchni.
Do dowodzenia winy stosuje się także próby łez (jeśli nie potrafi płakać, jest czarownicą), wagi (jeśli oskarżona jest lżejsza niż chyba czterdzieści dziewięć kilo uważa się, że może wzlecieć na miotle) lub ognia.
Po "udowodnieniu" winy skazuje się na spalenie na stosie.
Elinor pokiwała głową. Rowena spuściła głowę i powiedziała cicho:
- Niektórzy czarodzieje mieli tak wielką moc, że potrafili sprawić, że ogień ich nie spala, a płomienie ich łaskoczą. Wtedy mugole...
- Kto? - przerwała jej Elinor. Na twarzy Roweny przemknął cień uśmiechu.
- Mugole. Osoby niemagiczne. Właśnie wtedy bali się i wypuszczali ich. Ale moi rodzice nie są tak potężni. Oni po prostu umrą.
Elinor przytuliła ją, gdy ujrzała, że mała płacze. Dziewczynka powiedziała płaczliwie:
- Teraz już nie mają żadnych szans. Umrą. A ja nic nie mogę zrobić.
Kobieta przypomniała sobie, jak Celestria jej powiedziała, że gdy jej córka będzie w niebezpieczeństwie, ma z nią uciec przez korytarz ukryty za ściennym obrazem i opiekować się nią jak własną córką. Niania właście tak kochała Rowenę. Zastanawiało ją jednak to, czemu dziewczynka miałaby być w niebezpieczeństwie. Teraz już wiedziała.
Jej myśli przerwał trzask gałązek i stłumione szepty. Uciekinierki poderwały się z miejsca i zaczęły biec, lecz wtem rozległ się dziki okrzyk i ktoś wrzasnął:
- Tutaj są!
Mężczyźni rzucili się na nie i powalili na ziemię. Elinor dała sobie spokój z szarpaniną, ale Rowena była nieugięta. Wyrywała się i krzyczała, lecz nie udało jej się.
*
Na głównym placu w mieście postawiono ogromny stos drewna. Na jego samym środku wbito drewniany pal.
Rowena widziała to wszystko. I nic nie mogła zrobić. Zakończenia tej historii niestety nie potrafiła przewidzieć, nie znała go.
Wtedy ujrzała w tłumie skrępowanego linami jej ojca, który szarpał się i wyrywał, oraz matkę, która miała tylko związane nadgarstki. Szła dostojnie, w jej oczach widać było, że pogodziła się z losem. Dwóch chłopów weszło na stos i powiedziało:
- Panie przodem.
Przez tłum przebiegł chichot. Celestria weszła powoli na stos, chłopi przywiązali jej nogi i ręce do niego. Zeszli szybko ze stosu, a mężczyzna w śmiesznym kapelusiku rozwinął rulon.
- Celestrio Ravenclaw - zaczął czytać z kartki - zostałaś oskarżona o praktykowanie magii i głoszenie herezji. Zostaniesz uśmiercona poprzez spalenie na stosie. Czy pragniesz powiedzieć coś przed śmiercią?
Zapadła głucha cisza. Nawet Georges przestał się szarpać. Nie zagłuszał jej nawet najmniejszy szmer czy dźwięk.
Celestria wpatrywała się swoimi dużymi, orzechowymi oczami w miejsce, gdzie stała jej córka, choć ludzie przesłaniali je widok. Otworzyła usta i powiedziała:
- Wszyscy dobrze wiemy, że to kiedyś musi się skończyć. Kolejne "wiedźmy" jak wy, mugole to mówicie, będą spalane. Na śmierć skazujecie niewinnych ludzi, dzieci, kobiety. Ale czy to was powstrzymuje? Nie. Jesteście tak samo winni jak te wszystkie czarownice i czarodzieje, którzy uważacie, że praktykują czarną magię. Magia także może być dobra. Nie zapominajcie o tym. My wam pomagamy. Może tego nie zauważacie. Ale spójrzcie, czasem stało się coś, czego nie potrafiliście wyjaśnić i wpłynęło to na waszą korzyść? Odpowiedźcie sobie sami na to pytanie. A odpowiedź macie w tych popiołach. I może teraz spłonę, ale odrodze się jak feniks. Powstanę z popiołów.
Wszyscy wpatrywali się w czarownicę. Mówiła to z  nigdy wcześniej nie spotykanym spokojem. Zamknęła oczy i powiedziała:
- Strzeż się węża.
Rowena wiedziała, że słowa były skierowane do niej. Ale ich nie zrozumiała.
Mężczyzna w śmiesznym kapelusiku podrapał się po głowie i powiedział z zakłopotaniem:
- Eee... no dobrze. To teraz... podpalcie ten stos.
Nikt się nie ruszył z miejsca. Mężczyzna wrzasnął piskliwym, drżącym ze strachu i złości głosem:
- Podpalcie ten cholerny stos!
Jakiś chłop rzucił na niego pochodnię. I nim drewno się zajęło, Celestria cichutko zagwizdała.
Na niebie pojawiła się czarna plamka. Robiła się coraz większa i większa, aż w końcu na placu wylądował olbrzymich rozmiarów kruk. Był wielkości całego domu Ravenclawów.
Ludzie zaczęli wrzeszczeć i uciekać w popłochu. Rowena wiedziała, co musi zrobić. Wykorzystując panikę wskoczyła na kruka. Ptak zaskrzeczał donośnie i wzbił się w powietrze.
Nikt nie atakował ptaka, było już za to późno. Gdy ptak był na większej wysokości, dziewczynka usłyszała krzyk. Spojrzała w dół. Nigdy tego nie zapomni. Ujrzała, jak jej matkę pożerają płomienie, jej skóra robi się cała czerwona i odpada wielkimi płatami. Celestria krzyczała ile sił, jej spódnica zajęła się i przypalała skórę.  Rowena zacisnęła usta i zaczęła płakać. Odleciała na kruku, przytulając się do jego lśniących piór. Z jej oczu skapywały łzy. Wiedziała, że teraz nie ma już nikogo.
Miała 9 lat.

środa, 29 sierpnia 2012

Witajcie po raz drugi^^

Moja przyjaciółka już trochę wypowiedziała się o tematyce tego bloga, jednak ja również chciałabym dodać coś od siebie. Ale po pierwsze jedno słowo: WITAJCIE.
Jestem Kasiiica i współtworzę tego bloga. Mam nadzieję, że nasze opowiadania, a przede wszystkim wymysły, których Rowling niestety nie umieściła w swojej książce, się spodobają.
I nie przedłużając zapraszam do czytania notek, które będziemy starały się dodawać dosyć często.

Witajcie!

Witam na blogu!
Jest on poświęcony historii czterech legendarnych założycieli Hogwartu - Godryka Gryffindora, Helgi Hufflepuff, Roweny Ravenclaw i Salazara Slytherina, ale także kolejnym pokoleniom. Przerobimy wszystkie dzieje, od początku do końca.
Nazywam się Nyota i jestem współautorką tego oto bloga. Mam nadzieję, że nasze opowiadania Wam się spodobają i zostawicie miły komentarz:)
Notki będą się pojawiały tak często, jak to tylko będzie możliwe.
Zapraszam na moje inne blogi (szczegóły na moim profilu).
Miłego czytania!
PS Wszelka krytyka mile widziana:)